Najnowsze Posty

Odgrzewane restauracje. Czy naprawdę nie zasługujemy na nic więcej?

By 16:02 ,


50 lat temu, przeciętnego Kowalskiego z równowagi mógł wyprowadzić co najwyżej włos znaleziony w zupie albo zbyt mała ilość słonych paluszków do przepitki. Nie zwracano uwagi na zastawę, sposób łączenia poszczególnych elementów ani na dobór dodatków. Najważniejsze było syte jadło zakupione w niskiej cenie. Cała reszta - zbędnym chaosem wymyślonym przez wyższe sfery.

W dobie Magdy Gessler i Jej Kuchennych Rewolucji - wszyscy staliśmy się ekspertami - począwszy od jakości, na całej otoczce smaku skończywszy. Przeciętny Polak bywający na "salonach" (choćby i czasami) już wie, że talerze przed podaniem się podgrzewa, w kremie łyżka stoi sztorcem, a makaron powinien być al dente. Wygląd potrawy jest równie ważny co jej smak, a powolne delektowanie się dobrym posiłkiem - istotniejsze niż szybkie napchanie żołądka. Jeśli jednak ów Kowalski nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, najpewniej bardzo szybko zostanie uświadomiony - czy to przez kolegę i koleżankę czy to przez samą "kreatorkę smaku'' - jak to zwykła o sobie mawiać wspomniana powyżej osobistość. Jedzenie bowiem, a zwłaszcza dobre jedzenie - zyskało obecnie na znaczeniu. Dobrze zjeść nosi znamię dobrego stylu życia, jest synonimem dbałości o własne ciało i potrzeby. Dobre jedzenie - czyli takie, którym można rozkoszować się w cieple swojego domu i w locie - z przyjaciółmi. Jedzenie, które cieszy każde oko i każdy brzuch.

O ile do tej pory po cichutku podśmiechiwałam się z całych tych Rewolucji, wielokrotnie nadając na kobietę, która w moim pojęciu była zgrymaszona i wiecznie sama nie wiedziała czego chce - o tyle od pewnego czasu, z czystym sumieniem muszę przyznać, że w jej metodzie jest trochę reguły. A nawet odrobinę więcej niż trochę.  Jakość serwowanej nam kuchni jest coraz gorsza. Jakość kuchni, którą próbuje się odtworzyć - również nie zachwyca. Restauratorzy bezczelnie i bez pardonu psują przysmaki polskie, włoskie czy francuskie. Wszystko sprowadza się do jednego. Odgrzewania ...

Jako dziecko - kochałam jadać w terenie. Uwielbiałam soboty i niedziele podczas których rodzice pakowali nas do auta i wyruszali na bliższe lub dalsze wycieczki. Głównym punktem programu każdego takiego wypadu było oczywiście stołowanie się - zwykle w restauracyjkach i karczmach, czasami w przydrożnych barach. Już wtedy kochałam dobrze sobie zjeść - niekoniecznie zdrowo. Jako podlotek nie zwracałam przecież uwagi na takie "szczegóły". Skoro zjadłam wszystko to znaczy, że smakowało. A skoro smakowało dziecku, to znaczy, że było dobre. Kropka.

W wieku nastu lat - rodziców zamieniłam na chłopaka i znajomych. Naszym celem były wówczas małe, tańsze lokale ze sokiem (:) w których przy okazji można było coś zjeść. Placki ziemniaczane po zbójnicku, gołąbki w sosie pomidorowym czy naleśniki ze serem i gorącą czekoladą - do dziś przywodzą mi na myśl tamte, młodziutkie lata. Ni w ząb nie pamiętam by były to suche, spalone kawałki, zczerniała kapusta czy twarde omlety. Dam sobie głowę uciąć - a nawet ręce i nogi, że to wszystko smakowało kiedyś zupełnie inaczej. O niebo inaczej. W dodatku - było tańsze - adekwatnie do zmieniającej się wartości pieniądza. Sprawdziłam.

Gdy poszłam na studia, coraz rzadziej jadałam w terenie. Częściej szło się gdzieś potańczyć, napić kawy lub zjeść dobre ciastko. Obiady gotowałam sobie sama lub - jak typowy żak - zwoziłam z domu w słoikach. Być może doprowadził do tego brak czasu, studencka pustka w portfelu, a być może też rosnąca świadomość tego co na tym moim talerzu ląduje. Parę jednak knajpek się wówczas przewinęło, więc i wobec tego okresu mogę śmiało powiedzieć - mam porównanie. A niestety - nie wygląda ono najlepiej. Polska kuchnia "na mieście'' jest coraz gorsza. Coraz gorsza i zmierza do jednego: nadziać klienta byle czym i wyciągnąć z niego jak najwięcej. Pieniędzy oczywiście. Z 10%-owym napiwkiem, który przecież "zawsze się wszystkim należy". A jak w Twoim pojęciu się nie należy - toś wieśniak i nie znasz się na kulturze. Hmmm...


W moim rodzinnym mieście jest taka jedna knajpa. Za moich licealny czasów - malutka, człapająca, ale przy tym - serwująca najpyszniejsze na świecie placki ziemniaczane z wołowym gulaszem, dużymi kawałkami cebuli i świeżymi surówkami. Jadałam tam milion razy i zawsze byłam zachwycona. Cel kawowych spędów z Przyjaciółką, punkt wyjścia do większych wypadów, miejsce obchodzenia wszelakich rocznic i okazji. Ulubione miejsce na mapie solnego grodu. Przez szereg, naprawdę dobrych lat. 
Polecałam. Każdemu komu się dało. W naszej małej mieścinie taki lokal był wtedy jedyny. Najlepszy.

Ponieważ knajpa ta wywoływała u mnie zawsze dużą dozę pozytywnych uczuć, stale obserwowałam jej rozwój. Wystrój godny hipsterskich designów, stoliczki na chodniku, wprowadzenie opcji dowozu, a nawet własna strona internetowa - sprawiły, że mocno im kibicowałam. Z racji stałego pobytu w Krakowie - na odległość ale z dużym sentymentem. Niestety, z czasem uświadomiłam sobie jak mocno się myliłam. Wraz z rosnącym poziomem dla oka, zmalała jakość tego co było w tym wszystkim najważniejsze. Jakość jedzenia.

Gdy pewnego razu - jako już młoda mama - w szale codziennych zakupów postanowiłam wpaść tam na chwilę, usiąść i zjeść obiad - doznałam szoku. Pachnące placki może i pachniały tak jak te z dawnych lat, ale gołym okiem było widać, że romansowały z mikrofalówką, a różnice w temperaturze wierzchu i środka ostentacyjnie sugerowały sposób przyrządzenia tego czegoś. Tak świeżo przygotowane danie nie smakuje.Tak x lat temu - placki te nie smakowały. Sos z lekka suchawy, surówki z przynajmniej dwóch dni - ohyda. I choć właściciel pozostał ten sam, jakość serwowanych przez niego posiłków poszła na łeb i szyję. Zjadłam bo byłam głodna. Nic więcej. Dałam im jednak jeszcze jedną szansę - z przywiązania. To samo. 
Już tam nie wróciłam. 
I nie wrócę.

Przez pewien czas, na liście ulubionych była też mała kawiarnio-cukiernia. Kilkuletnia, z dobrą opinią i repertuarem. Stoliki pamiętały moje studenckie czasy, ciążowy okres Przyjaciółki, potem mojego Janka, wspólne wypady bez naszych chłopaków ... Wystarczyła jedna wizyta - ukochana szarlotka na ciepło - najpewniej na starych jajkach bo smród zgnilizny ciągnął się jeszcze za mną do wieczora. Kawa słodka jak lukier choć wcale nie słodziłam jej więcej niż zwykle. Finito. Skreślona.

Wśród rodzimych knajp mogę również wspomnieć o takich serwujących "domowe'' spaghetti z sosem pomidorowym ze słoika, o połowę - w stosunku do pieciu lat wstecz - zredukowanej objętości kebaba czy pizzy z najtańszą szynką z worka pokrojoną w plasterki - o której było tak głośno przy okazji niedawnych Kuchennych Rewolucji. Porażka. Na serio.

Kraków. Warta odhaczenia pinezka na kulinarnej mapie Polski. Podobno.
Kuchnia włoska, chińska, wietnamska, francuska i Bóg jeszcze jeden wie jaka. Wydawać by się mogło, że cudowna opcja dla każdego. Do wyboru do koloru. Taniej, drożej, lżej, ciężej, swojsko, elegancko. Dobrze. A jednak - nie do końca, bo właśnie tu - w naszej opinii - najmocniej rosprzestrzeniła się zaraza zwana kulinarnym oszustwem.

Mieszkając w mieście królów, czasem zdarzało się nam wyskoczyć gdzieś na rynek, Kazimierz czy do pobliskich knajp. Na palcach jednej ręki mogę policzyć miejsca, w których wszystko jakoś grało. Do niczego nie dało się przyczepić, a pobyt tam był samą przyjemnością. Polecało się i wracało z powrotem.

Myli się ktoś, kto myśli, że jesteśmy zmanierowani. Że nie pasuje nam temperatura zupy, zbyt jasna panierka czy za słony sos. Wbrew przypuszczeniom - jest wręcz odwrotnie. Nie śpimy bowiem na pieniądzach, nie wybieramy knajp po ilości gwiazdek, a kelnerowi nie zostawiamy 50 zł napiwku. Nigdy więc na głos nikogo nie skrytykowaliśmy, nigdy nie obraziliśmy, ani nie daliśmy po sobie znać, że coś jest nie tak. Kelnerka przecież nie jest niczemu winna, a kucharz gotuje z tego co zamówił mu szef. Nie jesteśmy też wyroczniami dającymi sobie prawo do publicznej nagonki czy super ważnej opinii. Jesteśmy zwykłymi konsumentami, którzy szanują i sami CHCĄ BYĆ SZANOWANI. Nasze pieniądze nie leżą na ulicy i wydając je - chcemy płacić za coś co jest tego warte. Właściciele restauracji coraz częściej o tym zapominają. Chcą łatwego zysku bez zbędnego wysiłku. Zarobić ale się nie narobić. Zapominają o czymś takim jak opinia i polecenia. Rekomendacje szarego człowieka są dla nich niczym. A może właśnie tacy, przeciętni ludzie są w stanie nałapać im najwięcej klienteli?

Tak szczerze mówiąc, nie zmyślając ani w jedną ani w drugą stronę - nie pamiętam kiedy ostatnio zjadłam coś z apetytem. Nie pamiętam bym jadła coś świeżego, aromatycznego, że o naturalności już nie wspomnę. Jadaliśmy i w zwykłych, tanich barach i droższych restauracjach. I szczerze? Jedno od drugiego niewiele się różniło. Było niemalże tak samo. Z drobną różnicą w wystroju - co najwyżej. I w kosztach - oczywiście.
Chyba, że - wciąż tak beznajdziejnie sobie trafiamy.

Wczorajszy wypad - małe uczczenie obrony na kazimierzowskim rynku. Starannie wybrana knajpka, z miłym obejściem, stoliczkami na zewnątrz i porządnie wyglądającym menu. Kelnerzy ładnie ubrani, miłe uśmiechy, ceny przeciętne - jak w średniej klasy restauracji. Idealne miejsce na romantyczny, ciepły wieczór przy wesołym, przyjemnym dla ucha gwarze przechodniów
Po chwili oczekiwania, na stół wjeżdża nasze zamówienie.  Dla mnie - parzące i gumiaste od mikrofali zesmalone naleśniki z suchym szpinakiem i czymś co miało robić za sos czosnkowy, a obok czosnku nawet nie leżało. Łukasz - klejące od gęstej śmietany tagliatelle carbonara w którym widelec spokojnie mógłby stać sobie na sztorc. Łyżka - w sumie niepotrzebna bo wbijając w makaron szpikulec, nabierałeś sobie przy tym cały ogrom nieapetycznie posklejanych rozgotowanych kluchów - w żaden sposób nie odchodzących od tej łyżki. Wszystko - najpewniej - odgrzewane w mikrofali. Tak bowiem suchego i ściętego sosu nawet mój gotujący jedynie wodę Mąż (i ewentualnie frytki) - nie potrafiłby odtworzyć. Koszmar. 
Ilość klientów tłumaczyła jakość menu. Dwie pary - co najwyżej. Razem z nami.

Naprawdę - rzadko kiedy coś naprawdę, tak mocno nam nie smakuje. Z ochotą zjemy i trzy rodzaje rosołu naszych mam (na vegecie), przeprawione bigosy czy jałowe brokuły. Smak smakowi nierówny, a ktoś się przecież przy tym napracował - i bądź co bądź - należy się mu wdzięczność i szacunek. Nie wymagamy już tego by produkty były w 100% naturalne, eko, bio czy super zdrowe. Idąc na miasto liczymy się z tym, że pozbawione chemii danie główne z dobrymi dodatkami nie będzie kosztowało 20-30 zł. Wszyscy przecież muszą na tym zarobić. I bynajmniej nie złotówkę - ale na tyle by utrzymać swoją rodzinę.

Ale ... oszustwo to oszustwo, a podgrzewanie kilkudniowych posiłków, polewanie sosami z torebek czy najtańsze półprodukty udające luksusowy towar - są dla nas nie do przyjęcia. Oszukiwać można co najwyżej oczy, podając coś na specjalnej zastawie, dekorując czy odpowiednio coś krojąc. Oszustwo na jakości i sposobie przyrządzenia - są najgorszą dla nas zbrodnią. Najgorszą, bo skierowaną w ludzi, którzy zdecydowali się zostawić tu swoje ciężko - bądź co bądź - zarobione pieniądze. Najbardziej bulwersuje to zwłaszcza w odniesieniu do dużych, dobrych restauracji. Takie przecież wydają się czymś lepszym i my sami - wybierając je, mamy nadzieję na naprawdę przyzwoity poziom.

Czyżby więc pozostały nam jedynie domowe spędy i gotowanie w zaciszu własnej kuchni? Czy syzyfową pracą jest ugotować świeży makaron, polać go co dopiero zrobionym sosem dla którego wystarczy 5 minut i podać ze szczerym uśmiechem klientowi? Czy właściciele knajp naprawdę myślą, że ludzie są takimi idiotami? Bo nie każdy potrafi i ma odwagę się odezwać? Bo doba kryzysu? Bo brak pieniędzy? Bo plajtowanie, a świeżość się nie opłaca? Naprawdę? A może to też wynik wysypu gastronomii, o której mowa w cytowanym fragmencie z forum Polityki? Im więcej biznesu w danej dziedzinie, tym większa konkurencja, utrzymanie, mniejsze zarobki. Ale czy koniecznie ten wyścig szczurów musi odgrywać się na kubkach smakowych nas - konsumentów? Ludzi, którzy oprócz jedzenia w domu, lubią też czasami gdzieś wyjść i posmakować czegoś innego?

Milion pytań.
Błędne koło ...
Śmiem twierdzić, że bardziej świeże są hot-dogi na stacji Orlenu, do których parówki gotuje się we wodzie na naszych oczach, a bułkę podgrzewa przed podaniem. Lepsze są już i nawet frytki z McDonalds-a bo przynajmniej smażone na bieżąco. Ale ... czyżby na serio to wszystko do tego zmierzało? Do jeszcze większego syfu?

- Zauważyłeś, że ostatnio nie możemy sobie dobrze trafić? Nie pamiętam żebym zjadła coś świeżego i aromatycznego na mieście. Wszystko takie suche, twarde... Mikrofalówa jak nic. I jak oni mają przyciągnąć klientów?
- Bo Ty jesteś prosty klient. Zostawisz 4-5 złotych napiwku i pójdziesz. Po co się mają starać. A jak im zostaje ze wczoraj - to muszą to komuś wcisnąć.
- Bez sensu. Skąd wiedzą, że jestem ten prosty klient? To masówka. Mogliśmy wziąć te zapiekanki na "środku". Przynajmniej coś tradycyjnego i na pewno o niebo lepsze.
...

A u Was? Zauważyliście coś podobnego? Jakość Waszych ulubionych lokali spadła? Wciąż jadacie na mieście? A może polecicie nam coś naprawdę dobrego?

CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW?
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U




Foto PublicDomainPictures

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Rzadko kiedy jadam na mieście - wyjątkiem jest krakowski Moaburger, tu mogę raz na pół roku zostawić kasę bez wyrzutów sumienia. Naprawdę warto tam zajrzeć, jest bardzo smacznie: gruby, dobrze przyrządzony kawał mięsa, do tego dużo warzyw, prosty sos w ilości takiej, by smak podkreślił, a nie zabił, a bułka jest tylko rusztowaniem dla tego wszystkiego. Jest jednak i taka burgerownia w mieście, która korzysta z popularności takich dań i mimo dość ciekawych kompozycji smakowych, oferuje jedzenie mdłe, a wykonanie jest na wskroś w kategorii burgerów nieprawidłowe (płaska, słabo doprawiona wołowina, nadmuchana buła, za dużo sosu).

    Złe wspomnienia mam z wakacji nad morzem - restauracje nastawione na turystę, a więc człowieka, który zje i więcej nie wróci, co skutkuje jedzeniem tragicznej jakości i jeszcze gorszym poziomem obsługi. Trafiłam na kilka knajp podających wyśmienite dania (może nie górnopółkowe, ale proste, świeże, po prostu smaczne), ale i takie, gdzie z bólem wyciągało się portfel, bo dostawałam potrawy tłuste, bez smaku, albo przypalone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "restauracje nastawione na turystę, a więc człowieka, który zje i więcej nie wróci" - ja mam wrażenie, że ostatnio natrafiamy tylko na takie :)

      Usuń
  2. to prawda. tak jak napisałaś, jakieś ważniejsze rocznice czy spotkania z przyjaciółmi chciałoby się celebrować w jakimś wyjątkowym miejscu, jak chociażby przytulnej kawiarence za rogiem. szczęściarzem ten, kto zna takie miejsce, gdzie klient jest ważniejszy od oszczędzania na jakości i wykwintności potraw ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. byłam w może dwóch, trzech takich miejscach. Z uśmiechem na twarzy zostawiało się ten napiwek, wracało następnym razem i polecało znajomym :)

      Usuń
    2. warto poświęcić raz na jakiś czas pieniążki aby zaznać tego szczęścia :) byle tylko, jak to stwierdziłaś, być kulinarnie dopieszczonym ;)

      Usuń
  3. Rzadko bywam w restauracjach, bo po pierwsze liczę się z groszem niestety dość mocno, a po drugie... właśnie to, o czym napisałaś. Chętniej wydałabym dwie albo trzy stówy, żeby zjeść coś wyśmienitego w gdańskiej Metamorfozie, która aktualnie znajduje się w gronie najlepszych restauracji w Polsce (jadłam tam ostatnio 4 lata temu, szmat czasu, wtedy jeszcze nie była w TOP, ale i tak serwowała wyśmienite papu), czy zostawić majątek w Atelier Amaro, ale ze świadomością, że te pieniądze wydane są na to, by kucharz mnie rozpieścił, by dał z siebie i swoich składników (doskonałych, Amaro ma gwiazdkę Michelin, więc syfu tam nie uświadczysz) wszystko. A niestety, zwyczajne restauracje idą w stronę, którą pokazują "Kuchenne Rewolucje", dlatego nie chodzę. Szkoda mi stówy na gówniane, odgrzewane żarcie, skoro za tę samą kwotę mogę zrobić sobie naprawdę obłędny obiad ze składników, które kupię sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w 100% się z Tobą zgadzam. Odżałowałabym tą stówę czy dwie raz na rok ale żeby NAPRAWDĘ dopieszczono mnie kulinarnie. W ostatnim czasie, obłędne dania jadłam w Hotelu Poziom 511 **** - no ale to z racji uczestnictwa w BlogerChefie. Nie sądzę by było mnie stać na taką kolację jaką jadłam podczas pobytu. Nie mniej jednak - było cudownie. Wszystko świeże, pachnące, idealnie doprawione. Bajka.
      Co do gotowania w domu - oczywiste, że najlepsze. Kocham w końcu gotować. Ale ... czasami chciałoby się uciec gdzieś, w ciekawe, miejsce, w przyjazne otoczenie. I tak naprawdę - nie ma gdzie.
      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  4. chyba wiem jaką knajpę masz na myśli :) bo dokladnie takie same mam odczucia, ostatnio jak tam jedlismy bylam zszokowana, ale chlopaki zjedli ze smakiem wiec stwierdzilam ze moze przesadzam, ze moze zawsze tak bylo , a mnie zmienily sie gusta i smaki... ale chyba jednak moje odczucia byly rzeczywiste bo opisalabym ta wizye dokladnie tak jak Ty....... ech........ i generalnie jakosc podupada, coraz coraz mniej jest knajp godnych polecenia:(( w naszym rejonie poki co wiekszosc miejsc mnie zawiodla lub delikatnie mowiac bylo znosnie, ale chyba nie ma takiego miejsca ktore by zachwycalo:( j

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzeba szukać dalej :) i tak - myślimy o tej samej knajpie :)

      Usuń
  5. https://www.facebook.com/dalorenzo.trattoria?fref=ts

    OdpowiedzUsuń

Przepis przypadł Ci do gustu? A może masz jakiś pomysł jak go udoskonalić? Tekst dostarczył Ci oczekiwanych informacji? Podziel się tym z innymi!

ZOBACZ RÓWNIEŻ