Najnowsze Posty

Coraz więcej otyłych dzieci jest niedożywionych! Jak temu zapobiec?

By 10:46 , ,


Przyjęło się mówić, że dziecko pulchne to dziecko szczęśliwe. Tak twierdziły nasze babcie i to przekonanie utrwaliło się w społeczeństwie na wiele lat. Dziecko, które „dobrze sobie wygląda” jest też oczywiście zdrowe i niczego mu nie brakuje. Niedożywione – chude i bez polotu. Czy rzeczywiście tak jest? Niestety nie.


Niedożywione grubasy?

Mówiąc o człowieku niedożywionym, mamy przed oczami wychudzoną, smętną postać, którą złamałby jeden podmuch wiatru. Widzimy wystające obojczyki, poszarzałą cerę, rzadkie włosy i apatyczny uśmiech. Jest w tym oczywiście dużo racji, ale mało kto z nas zdaje sobie jednak sprawę ztego, że równie często niedożywione są osoby otyłe. „Niedożywione grubasy”, które pomimo dużego spożycia pokarmu mają ogromne niedobory białka, witamin i innych składników odżywczych, które warunkują prawidłowe funkcjonowanie organizmu. Wartość kaloryczna pożywienia nie jest bowiem równoznaczna z jej wartością odżywczą. Lądujące na talerzu fast-foody i słodycze obfitują w kalorie, ale nie w witaminy i minerały. W efekcie, obserwujemy niezdrowy przyrost masy ciała, a w konsekwencji podwójny problem: dolegliwości wynikające z nadwagi i z niedoborów podstawowych składników odżywczych.

Taką prostą zależność możemy zaobserwować chociażby na przykładzie wapnia – minerału niezbędnego do prawidłowego rozwoju i funkcjonowania układu kostnego naszych dzieci. W dobie łatwego dostępu do produktów mięsnych, nadmiaru produktów wysoko przetworzonych obserwuje się wzrost częstości występowania osteoporozy i innych podobnych chorób – już w wieku dziecięcym! Dlaczego? Dieta bogata w mięso, zawierająca spore ilości fosforu, a dodatkowo niskie spożycie nabiału (wynikające z coraz częstszych nietolerancji ale i zmiany przekonań konsumentów), sprzyja niedoborom tego pierwiastka. Jak więc widzimy, to, że stać nas na drogie mięso, powszechnie uważane za produkt z wyższej półki, wcale nie oznacza, że jest to dla naszego organizmu sytuacja komfortowa. To paradoks, bo choć nasza stopa życiowa uległa znacznej poprawie i większość może sobie pozwolić na każdą żywność, nasze zdrowie jest coraz gorsze.

RYZYKO POWSTAWANIA NIEDOBORÓW W DZIECIŃSTWIE
[Dr Sa’eed Bawa, Katedra Dietetyki, SGGW]

Dziecko otyłe, o ile jego problem z wagą nie wynika z choroby, jest więc dzieckiem u którego zwykle możemy mówić o niedoborze niezbędnych składników odżywczych. Rzadko bowiem zdarza się by maluch był gruby z powodu jedzenia sporych ilości warzyw, owoców, kasz, strączków czy nabiału powszechnie uznawanych za zdrowe pokarmy.

Otyłość stwierdza się częściej u dzieci pochodzących ze środowisk miejskich, aniżeli wiejskich. Częściej też diagnozuje się ją u dziewczynek. Największym ryzykiem obarczone są dzieci, których oboje rodzice mają nadmierną masę ciała. W walce z niedożywieniem przy jednoczesnym występowaniu otyłości należy zacząć więc od eliminacji tego co nie służy organizmowi naszej pociechy i… nam samym. Bowiem to od nas zaczyna się cały proces kształtowania nawyków.




Tadek niejadek nie zawsze jest niejadkiem z natury

Dodatkowym problemem w żywieniu dzieci jest fakt, że wiele z nich należy do grupy tzw. niejadków. O ile faktyczne przypadki maluchów, które rzeczywiście od początku były z jedzeniem na bakier są jak najbardziej realne, o tyle skala tego problemu jest nieporównywalna do zapewnień rodziców, że ich dziecko „po prostu tak ma”. O co chodzi? Bardzo często jest tak, że to właśnie mama i tata są winni temu problemowi (ale nie zawsze!). Przykładowo, gdy ich niemowlak nie chce jeść brokułów czy naturalnego jogurtu, rezygnują już po pierwszej próbie i podają gotowe deserki przeładowane cukrem i dodatkami. A jak pokazują badania i doświadczenie (w tym moje własne), prób w celu nauczenia dziecka smaku jakiegoś produktu trzeba czasami podjąć się i z kilkanaście razy.

Kolejnym błędem rodziców niejadków jest ich zapychanie między posiłkami. Z pozoru niewinny soczek przecierowy, wypełnia malutki żołądek dziecka i w krótką chwilę syci tych mniej żarłocznych. Nie ma się więc co dziwić, że synek czy córka nie zje już potem obiadu. Po co, skoro już się najadło? Dorosłym nie mieści się to w głowie, a jednak to najbardziej naturalne na świecie. Dzieci nie potrzebują jeść tyle co my. Czemu to podkreślam? Bo znam takie przypadki, i to całkiem sporo.

Fast-food i słodkie ciasteczka to również nie rozwiązanie. Niejadek może i od nich nabierze nieco ciała, ale czy będzie zdrowszy? Podjadane na okrągło, staną się wreszcie jego podstawowym pożywieniem i próby oduczenia go tego, staną się wręcz niemożliwe. Również i podstawianie na stół słonych przekąsek to okazja dla naszego niejadka. Parę krakersów, dziesięć paluszków i już możemy zapomnieć o kolacji. Dobranoc. I tak na długie długie lata. Dziecięce, nastoletnie, dorosłe…


Żywienie zaczyna się w domu. Potem jest już tylko szkoła

Jak się jednak okazuje, nie tylko rodzice mają w kwestii żywienia swoich dzieci kluczowe zdanie. Maluchy, już od najmłodszych lat, większą część czasu spędzają w przedszkolach i szkołach, gdzie przecież muszą coś jeść i ich nawyki żywieniowo bardzo często dopasowują się kształtem do przyjętych w danym miejscu trendów.

Menu z jednych miejskich żłobków (!). Placówka reklamuje się jako ta, która „zapewnia dzieciaczkom zdrowe, zbilansowane żywienie”.

(przykłady z menu):
ŚNIADANIE: muszle czekoladowe na mleku
II ŚNIADANIE (w inny dzień): płatki czekoladowe na mleku
OBIAD: rosół z makaronem, grillowany kurczak, frytki, surówka z marchewki, kompot
PODWIECZOREK: galaretka owocowa z bitą śmietaną

Na stronie innego:
ŚNIADANIE: płatki czekoladowe na mleku, pieczywo mieszane, kiełbasa żywiecka, ogórek zielony
OBIAD (z innego dnia): naleśniki z dżemem owocowym, cukier puder, kompot wieloowocowy
PODWIECZOREK: drożdżówka z owocem, sok malinowy

Zauważcie proszę, że są to jadłospisy dla dzieci uczęszczające do żłobka! Można więc nawet mówić o maluchach niespełna rocznych! Czy czekoladowe płatki z mlekiem to wartościowy posiłek dla takich szkrabów? Frytki są dobrym dodatkiem do mięsa (że już pominę kurczaka naładowanego chemią – chyba, że posiadają eko)? A może drożdżówka to idealna opcja na podwieczorek? Nie ma więc co stuprocentowo winić rodziców za błędy w żywieniu ich dzieci. Z moich rozmów z mamami wynika, że wielokrotnie chciały one dobrze żywić swoje pociechy, ale w momencie gdy posłały je do publicznej (bądź o zgrozo – prywatnej za którą się przecież płaci) placówki, całe ich wysiłki poszły na marne.


Syf w szkolnych sklepikach - czy da się go uniknąć?

W ramach małego rekonesansu wybrałam się też do jednej z miejscowych podstawówek, a ściślej – sklepiku szkolnego. Jego asortyment w minutę przyprawił mnie o ból głowy. Marsy, snickersy, milkiway-e, knopersy, słodkie drożdżówki, landrynki, orzeszki w  czekoladzie … Prościej zapytać czego tam nie było. Młody człowiek ma więc w zasadzie nieograniczony dostęp do tego co złe i niezdrowe. Wystarczy, że rodzic będzie zabiegany i zamiast kanapki da synowi drobne „na coś do zjedzenia”. Nie ma się co łudzić, że z całego, tak kolorowego asortymentu wybierze on jabłko, bułkę ze serem żółtym i warzywem (pół biedy, że biała bułka i wyrób seropodobny) czy sałatkę (której de facto i tak w sklepiku szkolnym nie znajdzie). Również i własnoręczne zrobienie lunchu do szkoły nie załatwi sprawy. Wpływ grupy, tego co jedzą koledzy i oczywiście kolorowej wystawki – prowadzi do jednego: dziecko nie pozwoli sobie na wyłamanie i zamiast obciachowej kanapki w papierze śniadaniowym wybierze zapewne drożdżówkę popijaną słodkim napojem i zagryzaną batonikiem. Czy jest to posiłek dziecka, które intensywnie rośnie i potrzebuje mnóstwa dobrej energii dla rozwoju? Czy nie lepiej byłoby zainwestować w dobre pieczywo, sprawdzoną wędlinę, sery, zdrowsze bakalie, suszone owoce w ramach przekąski czy w ostateczności ciasteczka owsiane? „Nie, bo dzieciak tego nie kupi” – usłyszałbyś od właściciela takiego sklepiku. Tu nie chodzi o zdrowie. Nie o etykę czy wyrzuty sumienia. Chodzi o kasę. Bo każdy potrzebuje ją mieć. Kosztem dzieci? A co ich to obchodzi? Oni mają swoje własne na które państwo i tak nic nie daje. Kółko się zamyka. Zonk.


Należy edukować! To najprostsza droga

Poziom edukacji żłobków, przedszkoli, szkół w dziedzinie żywienia małych i starszych dzieci pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Mówiąc o społecznym problemie otyłości, niedożywieniu, najpierw trzeba zacząć edukować. Nie zmieni faktu uderzenie w jeden element układanki, np. w szkołę, bo dzieci nauczone pewnych nawyków w domu, nie dadzą się tak łatwo reformie jaką wprowadziłyby przykładowo lekcje z dietetykiem. Pracę należy zacząć u podstaw i to nie ulega wątpliwości. Od pierwszych miesięcy życia dziecka, a nawet okresu gdy przyszli rodzice dopiero planują potomstwo. Państwu wciąż jednak brakuje na to finansów i czasu by odpowiednio to zorganizować. Lekcje wychowania seksualnego to już obowiązek - w tej kwestii dało się coś zrobić. A przecież zły stan zdrowia wynikający z nieprawidłowego żywienia to tak samo poważny problem - jak wczesne ciąże u nastolatek, a mimo to działań w tym kierunku wciąż jest niewiele.

Nie zawsze też to rodzice nie wykazują chęci. Wielokrotnie spotkałam się z takimi opiekunami, którzy próbowali coś zrobić ale ich starania nie przyniosły efektów. Ba! Interweniowali nawet moi koledzy, którzy podczas pracy z pewnymi instytucjami, próbowali wytoczyć cięższe działa. Na nic. Liczyły się pieniądze i czas. Który też kosztuje. Przykład? Sanepid. Dietetyczka sprawdza przedszkolny jadłospis. Nie pasuje jej ilość parówek rozpisana w tygodniu. „- Pani, tu nie chodzi o produkt, tylko o cenę. Parówki mogą być nawet codziennie byle ładnie wyglądały w jadłospisie bo rodzice to czytają. Makaron z parówkami, naleśniki z parówką, parówka zapiekana z serem. Liczą się proszę pani koszty. Jak najniższe" - usłyszała.


O niedożywieniu wiemy wciąż za mało

Problem niedożywienia to wciąż słabo nagłośniony temat. Masowo mówi się o nadwadze, otyłości, zaburzeniach odżywiania i alergiach. Na niedożywienie zwraca się o wiele mniej uwagi. Zwłaszcza dzieci, które kochanego ciałka mają sporo. Nie łączy się ich bowiem z biednymi, chorymi ludźmi – choć otyłość to już choroba. A to właśnie oni wysuwają się tutaj niemalże na pierwszy plan. Świadomość ludzi jest wciąż niska co potwierdza m.in. stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia, która w 2008 roku wyemitowała krótkometrażowy film pt. „Niedożywienie – inny problem masy ciała”. Do jego posługiwania zachęcali nie tylko rządy, instytucje zdrowotne czy wysoko wykwalifikowanych specjalistów ale i małe ośrodki zdrowia i przychodnie, które bądź co bądź stanowią lwią część społecznego życia każdego z nas. Jaki jest tego efekt? Chyba niewielki patrząc z perspektywy, że było to już prawie 6 lat temu, a ranga problemu nieustannie narasta. W szpitalach nadal nie pozwala się dietetykom działać, a jedynie wpasowywać w klimat pięciu złotych na pacjenta (lub mniej). Odpowiednia dieta to wciąż ostatni punkt w leczeniu małych i dużych pacjentów, również i tych po zabiegach operacyjnych. Szpitalne stołówki, szkolne sklepiki i przedszkolne jadłospisy wciąż wołają o pomstę do nieba. Czy znajdzie się wreszcie sposób na to by zmienić cos bardziej? Coś co zatrzęsie tym całym masowym, żywieniowym syfem? A może wystarczy robić to stopniowo? Warsztaty, akcje w placówkach oświaty, szkolenia dla rodziców, nauczycieli… Trochę zaangażowania, poświęconego czasu i CHĘCI. Powoli podnosząc kwalifikacje każdego z nas. Bo przecież na tym powinno nam najbardziej zależeć. Zdrowiu, którego dziś tak często brakuje. Najbardziej boli, gdy dotyczy to najmłodszych ludzi.

„(…) niedożywienie to stan organizmu będący skutkiem przedłużonego niedoboru składników pokarmowych, wynikający z braku odpowiednich składników odżywczych lub niewystarczającej ilości pokarmu. Długotrwałe niedożywienie może powodować
zaburzenia psychofizyczne, które mogą mieć destrukcyjny wpływ na prawidłowy rozwój psychiczny i fizyczny dziecka. Częste objawy niedożywienia to znaczne osłabienie organizmu, depresja, apatia lub rozdrażnienie i agresja”

„Niedożywienie bardzo źle wpływa na wyniki w nauce. Dzieci niedożywione mają ogromne problemy z koncentracją i przyswajaniem nowych wiadomości. Często jednym z pierwszych objawów niedożywienia jest pogorszenie wyników, brak motywacji i trudności z nauką, których wcześniej dziecko nie miało”

„Niedożywienie ma destrukcyjny wpływ na zdrowie i prawidłowy rozwój organizmu. Dziecku brakuje podstawowych witamin i mikroelementów. Jest bardziej podatne na choroby i złamania niż jego rówieśnicy. Niedożywionym dzieciom grozi niedokrwistość, krzywica i anemia. Możliwe jest osłabienie mięśni, gorsze gojenie się ran. Zdarza się, że konsekwencją niedożywienia jest też depresja. Medyczne skutki niedożywania w dzieciństwie mogą mieć konsekwencje przez całe życie.”
[Polska Fundacja Pomocy Dzieciom]

CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW?
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U

1. European Food Information Council
2. GUS, Warunki życia rodzin w Polsce, 2014, Warszawa

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Bardzo ciekawy post. Sama po sobie wiem, że jako dziecko nie dawałam się namówić na jogurt naturalny. Jak miałam 16 lat to przy próbie posmakowania jogurtu naturalnego miałam odruchy wymiotne... A teraz nie wyobrażam sobie życia bez jogurtów naturalnych, kefirów itp... Cieszę się, że jednak jako dziecko w przedszkolach nie serwowali takich rzeczy jak teraz - nie było drożdżówek, rarytasem była kaszka manna. Czytałam też artykuł o tym, że jeśli jedno z rodziców nie będzie przestrzegało zasad zdrowego żywienia to dziecko też nie będzie. Ja odkąd jem zdrowiej czuje się lepiej i jak kiedyś dane mi będzie matką to będę się starała żeby dziecko miało dobry przykład :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo podoba mi się ten post i zgadzam się z tym o czym piszesz. Sama też borykam się z problemem niejedzenia przez dziecko warzyw i winę kładę niestety na żłobek (wtedy zaczęła grymasić). Nie jestem (chyba!) w stanie zweryfikować co naprawdę dostaje tam do jedzenia, bo niestety nie do końca ufam nawet temu co napisane jest w jadłospisie. Ale walczymy i nie daję w zamian czegokolwiek, byle zjadła. Cieszę się, ze piszesz tyle o mleku, bo czasem wydaje mi się, że przesadzam z iloscią posiłków mlecznych - zazwyczaj jednak dwa w ciągu dnia i chyba nie jest to jakoś super za dużo.
    Jestem zdecydowanie za tym, by jakoś odgórnie regulować co może być sprzedawane w sklepikach szkolnych - wiem, ze trąci to zamachem na wolny rynek, ale nie można przejść do porządku dziennego nad tym co piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że od tych sklepików warto byłoby zacząć. W końcu to dyrekcja szkoły decyduje kto budkę dostaje prawda? :)

      Usuń
  3. Znalam dziewczyne ktora jak byla mala to babcia na sile ja karmila 3-4 kanapkami na sniadanie...

    OdpowiedzUsuń
  4. ehhhh zgadzam sie z toba w calej rozciągłosci...sama prawda...niestety z 90%rodziców ktorych znam nie widzi problemu w zywieniu swoich dzieci, twierdza ze jedna parowka nie zaszkodzi, ze slodycze musza byc bo pozniej dziecko bedzie sie rzucac na czekolade wiec lepiej zeby dostawało regularnie niz potem sie przy ludziach(o zgrozo!!) objadło..., ze z warzyw je przeciez ziemniaki i marchew w zupie i ze "bez przesady", od tego czy tamtego nikt jeszcze nie umarl albo mój najbardziej irytujacy teskt:my tak jedlismy, z nami nikt sie nie piescil i zyjemy...wszystcy zdrowi...no tak "zdrowi po byku"...plaga otyłosci, cukrzycy, nadcisnienie u 28 latka, rak u 30latka, wdecia, wrzodu, bole głowy, anemia..to przeciez nic-"wszyscy jestesmy zdrowi". ja juz unikam tematow zywieniowych z innymi ludzi bo nie chce mi sie słuchac tych bredni, tłumaczyc albo edukowac...kazdy ma wybor...dlatego dla mnie w zlobkach, przedszkolach, szkolach nic sie nie zmieni,, bo do tego potrzebni są ludzie:oburzeni,rzadni zmian, zdeterminowani, a takich jest jak na lekarstwo. wiekszosc sie cieszy jezli dziecko zje cokolwiek a oni maja z głowy. moj synek chodzi od wrzesnia do złobka, który wybrałam glownie ze wzgledu na reklamowane zdrowe jedzenie...oferta, przykładowe jadlospisy wygladaly bajecznie, kasze, cieciorki, naturalne musli, jogurty naturalne wlasnej roboty, zytni chleb na zakwasie, pasaty jajeczne ze szczypiorkiem, parowane ryby, moc warzyw i owocow...rzeczywistosc nie jest az tak rozowa...nie ma tragedii, chciaz ostatnio widzialam na rozpisce kotleta schabowego...troche pozbawiłam sie zludzen, place za jedzenie spora kwote, nie ma pasztetów ale tej ciciorki tez nie widzialam...ale powiedmzy ze jest to do przejscia, braki staram sie nadrabiac w domu. Za rok maly idzie do przedszkola i jestem zalamana... nie wiem godzie go posle,nie wiem gdzie sie dostanie, chyba zrezygnuje z panstwowego o ile nie znajde takiego co ma własna kuchnie i NAPRAWDE zdrowe, nieprzetworzone jedzenie. ale nie godze sie, nie pozwole zaprzepascic tego co juz od 2 lat pielegnuje, ne pozwole na jedzenie kinderków i slodkich chemicznych bulek. dlaczego ktos ma niszczyc zdrowie mojego dziecka, bo jakies oszolomki czy oszołomy nie licza sie z kondycja przyszlego pokolenia!niech sie sami zapchaja mortadela i parowka!dobrze ze to tylko 3 lata, jakos przetrwam, a w szkole juz na pewno nie bedzie jadł obiadow, wole sie zajechac w kuchni niz zywic dziecko smieciami. tym bardziej ze ja wierze w ogromna moc zywienia w kształtowaniu odpornosci dziecka i dziwie sie rodzicom którzy psiacza na swoje ciagle chorujace dzieci, których jednym nieprzetworzonym posiłkiem jest banan...
    a tak na koniec, przyklad sniadanka ze zlobka do ktorego uczeszcza syn kolezanki: kromka chleba tostowego z nutella, parowka z ketchupem+kubek mleka....kurtyna, oklaski...
    pozdrowionka Ewa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "nie godze sie, nie pozwole zaprzepascic tego co juz od 2 lat pielegnuje, ne pozwole na jedzenie kinderków i slodkich chemicznych bulek" - doskonale rozumiem o czym mówisz. I też coraz częściej się zastanawiam jak to będzie.

      Usuń

Przepis przypadł Ci do gustu? A może masz jakiś pomysł jak go udoskonalić? Tekst dostarczył Ci oczekiwanych informacji? Podziel się tym z innymi!

ZOBACZ RÓWNIEŻ