Najnowsze Posty

Zmiany zaczynają się w Twojej głowie - zacznij od dziś!

By 19:55 , , ,


Moi pacjenci – zarówno Ci aktualni jak i potencjalni – zawsze otrzymują ode mnie wizytówkę. Wiedzą, że zawsze mogą zadzwonić, napisać sms-a, zapytać… Wizytówka jak wizytówka – zawiera moje dane osobowe, adres mailowy, www, telefon. Standard. Ale jest na niej coś jeszcze. Coś co przyświeca moim działaniom, mojej pracy, mojemu życiu w zasadzie od zawsze. Cytat. M O T T O. Uniwersalne bo można je odnieść do każdego aspektu naszego życia. 



Co to oznacza? Ano dokładnie to samo, co jest napisane. Dietę zaczynamy od własnej głowy. Precyzując – swojego myślenia, które powinieneś/-aś zmienić. Wtedy efekty zadowolą Cię w 100%. Bo nie będą reżimem, a jedynie zmianą Twojego podejścia.



Z takim założeniem od lat pochodziłam do kwestii diety. Zarówno tej swojej jak i obcych, ufających mi już ludzi. Gdy niektórzy koledzy-dietetycy krzywili się na widok kawałka czekolady w rozpisanej przeze mnie diecie, ja z uśmiechem myślałam o kolejnym kilogramie straconym przez podopieczną. Ona nie była na diecie. Ona zmieniała swój styl życia. Powoli, acz regularnie i konsekwentnie. I o to mi zawsze chodziło. Z biegiem czasu, poznając specyfikę swojego zawodu zauważyłam też, że jadłospisy w których od poniedziałku do niedzieli jest ściśle narzucony posiłek tj. konkretny chleb, dodatek białkowy, a nawet warzywo – nie zdają egzaminu. Nikt z nas nie lubi się na 100% podporządkowywać. Lubimy mieć wybór, wolną furtkę... Samej mi przeszkadzałby taki rozkład. Dziś opracowuję kilka opcji – podobnych pod względem podstawowych składników odżywczych. Bilansuję diety tygodniowo. Pacjent ma możliwość wyboru – każdego dnia. I to naprawdę się sprawdza! Jemy to co lubimy i uczymy się komponować swoje własne zestawy.



Nie sztuką jest ułożyć jadłospis opierający się na produktach z najwyższej półki, takich, które według licznych rankingów są arcyzdrowe i przewspaniałe, a ponadto … kompletnie dla nas nieakceptowane. Sztuką jest stworzenie planu, który z radością zaakceptujemy (a przynajmniej nie podejdziemy do niego z mocną rezerwą). Takiego planu, który będzie nam służył już przez całe życie, a nie będzie jedynie chwilową redukcją, po której rzucimy się na wszystko co jedliśmy wcześniej, a teraz nie możemy. Nie mówimy oczywiście o bezkarnym objadaniu się słodyczami, ale o zminimalizowaniu ich ilości do niezbędnego minimum. Czy czujesz cudowny smak i aromat drugiej połowy kremówki? Czy może jedynie zaspokajasz właśnie swój głód wywołany brakiem porządnego obiadu? Czy aby na pewno 5 łyżek majonezu to twój dolny limit w sałatce? A może wystarczyłyby 4 i łyżka naturalnego jogurtu? Czy jajecznica przyrządzona na parze, smakuje gorzej niż ta na maśle? A może puree ziemniaczane z mlekiem jest mniej smaczne od tego ze skwarkami i toną tłuszczu? Zastanów się proszę. To maleńkie zmiany, których nie odczujesz.

Dieta to kwestia wyborów. Lepszych lub gorszych. W zasadzie to nawet nie lubię określenia dieta w kontekście samego odchudzania czy istnienia pewnej jednostki chorobowej. Zawsze gdy o tym wspominam, gdy mówię, że ''moja dieta jest taka, siaka, owaka", każdy myśli, że właśnie coś zrzucam. Dieta to każdy mój dzień, sposób zachowywania się w sklepie, moje odkrycia kulinarne, doznania podniebienia, kwestia zaspokojenia podstawowych potrzeb. Dieta to sposób, a nie półśrodek w osiągnięciu danego celu. Rozumiesz różnicę?

Odkąd zaczęłam pracować w zawodzie, spotykam różne osoby. Mniej lub bardziej zmotywowane. Te, które mają konkretne plany łatwiej odchudzić – oni sami się o to troszczą i pilnują. Mniej umotywowani, przybyli z musu bo wypchał ich lekarz albo żona czy mąż, mają o poziom trudniej bo nie widzą w diecie sensu. Więc skoro go nie widzą, może nie wysyłać ich na żadną dietę? Po prostu zaproponować zwyczajne, malutkie zmiany? Nie drastycznie, nie naraz, nie od razu. Bo da to skutek odwrotny do zamierzonego. Powoli, stopniowo. Nie przytyłeś/-aś przecież wczoraj. Nie schudniesz też jutro. Ale zacznij od dzisiaj! Bo zmiany następują z czasem, wolno. Małe kroki, duże rezultaty.

Najważniejsze co musisz sobie uświadomić to to, że nie jesteś na diecie! Diecie w sensie reżimu, wyrzeczeń, poświęcenia. Nie robisz tego za karę. Nie robisz by zrobić sobie na złość. To dla Ciebie samego/-ej! Byś lepiej się czuł/-a, lepiej oddychał/-a, lepiej sypiał/-a i spacerował/-a. Po to by nie męczyły cię zaparcia, zadyszki, bezsenność czy brak sił. Po to byś był szczęśliwy/-a. Dbając o siebie i swoje przyjemności. W granicach rozsądku, który pozwoli Ci na wszystko. Teoria umiaru.

W świecie gdzie szczupła sylwetka stała się gwarantem sukcesu, chcemy chudnąć szybko, na JUŻ. Skutkiem ubocznym drastycznych diet jest obwisła skóra, więcej zmarszczek, utrata znacznej części energii, witalności, a w większości przypadków – również i powrót kilogramów z nawiązką. Szybka utrata wagi nie jest efektywna. A jeśli jest, zawsze pociąga za sobą jakieś konsekwencje, przykładowo – zaburzenia odżywiania. Nic nie dzieje się bez przyczyny i bez skutku. To co robisz swojemu ciału, kiedyś się tobie odwdzięczy. Dlatego rób to najdelikatniej jak potrafisz. To przecież twoje ciało. Ty musisz o nie zadbać. Nikt inny.

Optymalne dla mnie tempo chudnięcia to około pół do maksymalnie jednego kilograma tygodniowo, co daje od dwóch do czterech kilogramów miesięcznie. To naprawdę dużo! Dwie torebki mąki na przykład. Ważą przecież swoje. W dodatku, tempo takiej redukcji nie pociąga za sobą zbyt wielu wyrzeczeń. Ale musi trwać! Tak jak każde leczenie – bo przecież wyprowadzenie twojego ciała z nadwagi to terapia mająca na celu jego uzdrowienie. Uzdrowienie ciała i twojego myślenia. Zwykle wystarczy wyeliminować parę słodkich przekąsek, gazowanych napoi czy smażonych obiadów. Tyle. Ale musisz wiedzieć, że nie robisz tego z przymusu, bo ja ci tak każę. Ty masz to czuć, w każdym kawałku swojego ciała! Widzieć w tym sens. DŁUGOTERMINOWY! Delektując się pierwszym kęsem, podobnie zrobisz z kolejnym, a potem i następnym. Dziesiąte ugryzienie ciasta nie jest już takie przyjemne. Znasz ten smak, niczym cię nie zaskakuje, niczym nie fascynuje. Więc po co to jesz? Bo wydałeś/-aś pieniądze i szkoda? Bo się zmarnuje? Bo jesteś głodny/-a? Jeśli to pierwsze, w sytuacjach ochoty na słodkie, do kawiarni wybieraj się z bliską osobą – zjecie na pół plotkując międzyczasie. Zmarnuje się? Jedząc nadmiar pewnych produktów, ty również się zmarnujesz. Ty i twoje ciało. Jesteś głodny/-a? Na drugi raz o tym pamiętaj, gdy wyjdziesz z domu bez obiadu. Pilnuj regularnych pór posiłków. Może nie co do minuty, ale jedz co 3-4 godziny. Właściwe jedzenie to połowa sukcesu. Jego jakość, długość spożywania, przyjemność. Często jest tak, że tyjesz nie dlatego, że jesz za dużo. Jesz NIEWŁAŚCIWIE! Nieregularnie, niedbale, szybko. Ty tak jesz, to i twoje ciało takie będzie – niedbałe.

Moi pacjenci często się dziwią na widok chleba czy makaronu w swojej diecie. Bo a czemu nie? Wtłoczono im kiedyś, że zły, niedobry i tuczy. Trochę racji lecz nie do końca (to dodatki – ciężkie, zawiesiste sosy, smażone mięsa są winne). Dwa średnie ziemniaki, którymi zapewne byś sobie pojadł (w połączeniu z czymś białkowym oczywiście) to taka sama ilość jak nadziewana czekoladka Tiki-taki (mała, prawda?). Kopiata szklanka ugotowanego brązowego ryżu to batonik Lion. A kromka prawdziwego razowca, który naprawdę zaspokoi twój głód to dokładnie tyle co dwa ryżowe wafelki, które przefruną przez Twój żołądek w mgnieniu oka. Morał? Dobre wybory. Na diecie nie trzeba być głodnym. Trzeba wiedzieć po co sięgać. I robić to z przyjemnością. Jeśli lubisz chleb, dlaczego miałbyś/-abyś go nie jeść? Pamiętaj tylko, że pół bochenka nie jest już dobrym wyborem. Dwie kromki na śniadanie, żytniego, grahamu – jak najbardziej. Do tego plaster twarogu albo dobra wędlina. Mnóstwo dodatków warzywnych i … spokój. Najadasz się po chwili, nie od razu. Warto byś i to miał/-a na uwadze, gdy zasiadasz do pełnego stołu. Twój żołądek musi mieć czas by poczuć się pełnym. Dlatego gryź, żuj i połykaj powoli. Nigdy na szybko! A żeby tak się nie stało, powtórzę jeszcze raz – jedz regularnie! Wówczas nie straszne ci będą napady wilczego głodu. Zgrzeszyłeś/aś? Trudno. Nie wpędzaj się w poczucie winy ale i też nie brnij w grzech dalej. Po prostu zaciśnij pasa i pokonaj pieszo kilka przystanków. Jakakolwiek mała aktywność. A na drugi dzień pamiętaj o umiarze. Tyle.

W ostatnim czasie wpadła mi do ręki świetna książka. Lekka, prosto napisana, z sensem. „Francuzki nie tyją” Mireille Guiliano. Już po pierwszych rozdziałach wiedziałam, że autorka chyba wręcz czyta mi w myślach. 
Francuzki się nie odchudzają. One korzystają z życia. Korzystają ale nie tracą przy tym równowagi. Nie uciekają gdy pojawia się opcja wyjścia ze znajomymi na kolację. Nie głodują przy świątecznym stole. Chcą zjeść czekoladę? Jedzą ją! Ale tylko parę kostek i to takiej, która będzie najlepszej jakości. Szanują swoje ciało, szanują przyjemności. Wiedzą, że życie jest tylko jedno i nie warto sobie wszystkiego odmawiać. Wiedzą też jednak, że nadmiar i przesada prowadzą do granicy tej przyjemności. Dlatego od zawsze umieją to wypośrodkować. I cieszą się tym. Złe nastawienie to zła droga. Wysyłając złą energię, taką też potem otrzymujesz.

Jeśli zdarza się im przybrać, siadają i sumiennie szukają wroga. Może jest to o jedna lampka czerwonego wina za dużo? A może ostatnio zapominam o zjedzeniu kolacji? A może to stres potęguje uczucie mojego głodu i nie potrafię się opanować? One szukają. I znajdują. A następnie, stopniowo, z wyczuciem przechodzą do akcji.

Być może twoim największym wrogiem jest typowa nieregularność posiłków? Albo ich zbyt duża objętość? Może to wysokie przetworzenie produktów których używasz wpędza cię w pułapkę bo w zasadzie to nie wiesz co jadasz? A może monotonia przez którą odechciewa ci się zjedzenia kolejnego posiłku, i w efekcie – za dwie godziny rzucasz się na lodówkę?

Może to dojadanie po dziecku bo ono nie zjadło, a ty przecież tego nie wyrzucisz? Może to ciasto, którego smak sprawdzasz milion razy nim wejdzie do piekarnika, a pieczesz je w każdy weekend? A może zapasy, które zgromadziłeś/-aś w spiżarce, które każdego dnia korcą cię niesamowicie? I wreszcie – może to głód i nieustanne myślenie o jedzeniu bo właśnie przeszłeś/-aś na jedną z cudownych diet kolegi/koleżanki?

Wszystko jest kwestią równowagi. Zmiany zaczynają się w twojej głowie. Dopóki tego nie zrozumiesz, nie schudniesz, nie wyleczysz się, nie będziesz szczęśliwy/-a. Oddychaj pełną piersią, żyj, smakuj ale pamiętaj, że równowaga, balans to najlepsze co możesz dać swojemu ciału. Dobre jedzenie, dużo pozytywnego ruchu i szczery uśmiech. Powodzenia! Samych przyjemności! :)

CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW? 
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Nie mogę wyjść z podziwu dlatego artykułu- niesamowicie mądry i motywujący, będę go podsyłać każdemu kto go potrzebuje. Owacje na stojąco!

    OdpowiedzUsuń
  2. Już nie raz pisałam, ale napiszę raz jeszcze- uwielbiam Cię! Szukając różnych sposobów na schudnięcie, zawsze spotykałam się z suchymi faktami, utartymi regułami i pojęciami, które nie do końca rozumiałam. U Ciebie na pierwszym miejscu jest człowiek. Wiem, że zawsze mogę zapytać, a Ty pomożesz. Sprawiasz, że dieta nie jest dietą, a właśnie stylem życia. Nie mam problemów z omijaniem działu słodyczy w sklepach, nie kuszą mnie. Potrafię odmówić sobie pączka czy chipsów wieczorem (do chrupania kupuję takie mini sucharki z Biedronki :D ). Ale bywa, że łapie mnei gorszy dzień, syn wyprowadzi z równowagi, ktoś coś powie, coś się nie uda i wtedy najchętniej wciągnęłabym dużą Milkę. Od 5 dni znów walczę o spadek wagi i centymetrów. Codziennie ćwiczę (120 przysiadów, 100 brzuszków i parę dodatkowych ćwiczeń), patrzę co jem- odstawiłam słodkie i niezdrowe, staram się nie podjadać i jeść lekko. Spadł już pierwszy kilogram :) Czuję się świetnie i widzę zmiany :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, bardzo ciekawy wpis :) super to wszystko ujelas, nawet podbny temat byl podjety w przedostatnim wydaniu Food-Forum, artykul sie nazywal "dlaczego moi pacjenci nie chudna" czy cos w tym stylu. Sama staram sie zrzucic jakies3-5 kg, ale nie drakonska dieta, tylko cwiczeniami i umiarem. Pozwalam sobie na wszystko (oczywiscie zadne fastfoody czy gora czekolady), ale chleb, ser, czy makaron to u mnie codziennosc. Bo lubie i bede zawsze jesc, i swoim dzieciom tez bede szykowac kanapki do szkoly, wiec nie ma sensu wyrzekac sie wszystkiego.
    Ja tez jestem w takcie czytania ksiazki "Dlaczego Francuzki nie tyja", powiem szczerze ze pierwszy rozdzial, czyli jak autorka przytyla i schudla niezbyt mnie zainteresowal, a nawet rozczarowal. Dopiero kolejne rozdzialy o kuchni francuskiej oraz o zwyczajach i podejsciu Francuzek do jedzenia bardzo przypadl mi do gustu, a ksiazka wciaga coraz bardziej. Jestem ciekawa kolejnych rozdzialow. Zdalam sobie sprawe, ze moja dieta (czyt. sposob odzywiania :) ) jest dosyc monotonna, a posilek jedzony przy stole, bez TV, bez czytania gazety, jest bardziej doceniany. zdalam sobie sprawe, ze nie doceniam wartosci owocow i warzyw sezonowych. W kazdym razie pozycja godna polecenia.
    Wiem, ze jestes perfekcjonistka, w tytule ksiazki masz blad: "FrancuZki" zamiast FrancuSki :)
    pozdrowienia! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja już od kilku miesięcy próbuje się zmusić do tego, żeby powoli zacząć realizować swoje cele jeśli chodzi o dietę. Niestety nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać, ale technika małych kroczków jest bardzo dobra.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani Mario co sądz PPani o detoksie ccukrowym Sary Willson ? Czy taka podaż mięsai ttłuszczu nie zaszkodzi ? Dodamzże mam wysoki cholesterol i zanik okresu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie,
      sam pomysł detoksu bardzo mi się podoba, ograniczamy wysoko przetworzoną żywność z oczyszczonej mąki, słodkie napoje, sztuczne słodziki, alkohol, gotowe sosy etc. Jeśli jednak czytasz mojego bloga regularnie, wiesz, że raczej jestem pro-wege, zatem wybieram częściej strączki aniżeli mięso, ograniczam tłuszcze zwierzęce. Nie zapoznałam się dokładnie z zasadami tego detoksu ale pobieżnie znalazłam w nim informacje o poleceniu w diecie właśnie produktów zwierzęcych. Zatem w pewnym sensie jestem pół na pół. Moje zdanie? Indywidualne podejście do pacjenta. Należy sprawdzić jak reaguje Twój organizm i na tej podstawie też dobierać elementy swojej diety. Ja przy wysokim poziomie cholesterolu całkowitego skłaniam się racze ku diecie bardziej roślinnej. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

Przepis przypadł Ci do gustu? A może masz jakiś pomysł jak go udoskonalić? Tekst dostarczył Ci oczekiwanych informacji? Podziel się tym z innymi!

ZOBACZ RÓWNIEŻ